Rozmowa z Kasią Wilk, wokalistką
Jesteś bardzo młodą wokalistką, która ma ugruntowaną pozycję na naszym trudnym rynku muzycznym. Jaką receptę na sukces ma Kasia Wilk?
Od początku swojej kariery śpiewałaś w wielu zespołach. Który z tych okresów jest Ci najbliższy?
Jak każdy człowiek, którego spotykam na swojej drodze, tak każdy zespół, z którym współpracowałam, wnosi w moje życie coś nowego. Z zespołem Gospel nauczyłam się być przyjacielem, nauczyłam się miłości i pracy w grupie. To było wczesne liceum. W zespołach, w których śpiewałam na weselach, stałam się twarda i odpowiedzialna. Nawet nie zauważyłam wtedy, że z nastolatki stałam się kobietą, która nie pozwoliła sobą pomiatać gościom weselnym. To był czas, kiedy nauczyłam się „wszechstronnego” repertuaru i podszlifowałam sobie barwę głosu, śpiewając kilkanaście godzin przez całe noce. Ciężka to była praca, ale teraz dzięki temu wiem jak lekka i przyjemna jest obecna... Zespół Kto To zafundował mi pierwsze nagrania w studio i postawił mnie na froncie. Wtedy zaczęłam tworzyć i wierzyć w autorską muzykę. Później było Studium Piosenkarskie Groovestreet, Wolny Band, Dreamland i Mezo, Kayah, Adam Sztaba. Przy nich zaczęłam odchodzić od muzyki, w której zamknęłam się na dobre. Zaczęłam rozwijać skrzydła w kierunku soulu, jazzu i popu. Dziś moje utwory są miszmaszem tych stylów. Uogólniając, każdy z tych okresów jest ważny, każdy wniósł coś innego.
Słuchacze kojarzą Cię przede wszystkim z Mezo, z którym nagrałaś kilka przebojowych kawałków. Jaki wpływ na Twoją karierę wywarła ta współpraca?
Nie ukrywam, że to był bardzo istotny epizod. Poznaliśmy się przypadkiem, ale nieprzypadkowe było połączenie jego techniki i mentalności z moim doświadczeniem i talentem oraz produkcją Tabba. Mezo znany był już z kilku przebojów w radio, a ja, podejmując współpracę, nie miałam o tym pojęcia. Dlatego pisałam i nagrywałam bez stresu i świadomości, że ktoś to usłyszy. Nie starałam się robić hitów. Ale te utwory stały się hitami i od nich wszystko się zaczęło. Debiuty na dużych scenach, koncerty i poznanie ludzi, do których pewnie nigdy nie miałabym dostępu, a z którymi teraz współpracuję i realizuję własną muzykę. Zauważono mnie i zaakceptowano. Teraz mam szansę na więcej, bo start umożliwił mi ktoś, kto miał już utorowane ścieżki.
W wielu wywiadach, opowiadając o swoich upodobaniach muzycznych, powtarzasz jak mantrę, że lubisz tzw. inteligentny pop. Kręcą Cię jednak ostre gitarowe riffy i cięższe brzmienia. Kiedy zatem usłyszymy Kasię Wilk w ostrych metalowych aranżacjach?
Właściwie to już można usłyszeć zalążki tego, co nagram w przyszłości. Wystarczy wybrać się na koncert. I choć pop króluje na płycie, to na koncert utwory zostały mocno zmodyfikowane. Aranżacje koncertowe nie są jeszcze tak ciężkie, jakbym chciała, bo jakoś nie wyobrażam sobie „Pierwszego razu” w metalowym klimacie, a i niektóre kobiece teksty z płyty „Unisono” nie mogą być ubrane na czarno. Ale bazując na gitarach i bębnach, zrobiliśmy kawał energicznej rockowizny. Oczywiście w klubach gramy inny, spokojniejszy repertuar. Ale otwartą przestrzeń atakujemy dźwiękami z pieców gitarowych. Wracając do pytania, metalową płytę nagram jako czwartą w karierze. A teraz przyzwyczajam moich odbiorców do takiego brzmienia na koncertach.
Urodziłaś się w Lubinie, choć przyznałaś wielokrotnie, że bliski Twojemu sercu jest Poznań, miasto, w którym mieszkasz. Co takiego magicznego jest w tym mieście? Czym wyróżnia się wśród innych polskich miast?
Dla mnie miejsca tworzą ludzie. W żadnym innym mieście nie mam takich przyjaciół jak tam. I prawdopodobnie nigdzie ich już po prostu nie będzie. Biorąc pod uwagę historię, koziołki, gzik i gwarę, jest to specyficzne miejsce. Dla mnie jednak jest wyjątkowe z powodu ludzi, których kocham.
Na przełomie października i listopada ubiegłego roku ukazała się Twoja solowa płyta zatytułowana „Unisono”. Na płycie jest intrygująco… Pierwsze, co uderza, to bardzo osobiste i głębokie teksty. Jesteś muzykiem z wykształcenia. Skąd zatem w Tobie dar pisania tekstów?
Dar miała Agnieszka Osiecka. Ja nie uważam, że mam do tego dar, chciałam spróbować, choć nie byłam pewna, czy podołam. Czułam się na siłach, podejmując pewne tematy, i zrobiłam to we własnym, chaotycznym stylu. Ta płyta podpisana jest moim imieniem i nazwiskiem. Chciałam, żeby była taka jak ja. Czasem banalna, czasem sfrustrowana lub po prostu uczuciowa. Nic bardziej nie przekonuje, jak śpiewanie własnych przeżyć ubranych we własne słowa. Mam teraz satysfakcję, nazywając swoją płytę autorską. A z piosenką jest jak z miłością, najpierw poznajemy powierzchowność, melodię, wczuwamy się w klimat, a później skupiamy się na duszy, na tekście, i jeśli słowa są wysokiej jakości, to zakochujemy się w niej na długo... A ja, interpretując tekst, jestem wiarygodna... Dlatego pragnę samodzielnie pisać. I nieważne już, czy kuleję gramatycznie, składniowo, stylowo. Dla mnie ważne jest, że wylałam na papier wielką dawkę emocji, które dręczą i wiercą, a jedynie na kartce mogę im dać upust, nie popadając przy tym w grafomanię.
Zaśpiewałaś w swojej karierze wiele duetów. Z kim chciałabyś jeszcze współpracować?
Właśnie dlatego, że zaśpiewałam już wiele duetów, nie zarzekam się, że ich nie będzie w bliskiej lub dalekiej przyszłości. Będą to osoby, które szanuję i cenię, niekoniecznie za wielkie nazwiska, bo przecież nie o to chodzi. To osoby, które prezentują niezwykle wysoki poziom muzyczny w Polsce. A w duetowej sferze marzeń krążą mi po głowie: Tina Turner, Michael Jackson, Kirk Franklin oraz Justin Timberlake.
Nowoczesna technika pozwala na różne muzyczne mariaże, nawet te najbardziej nieprawdopodobne. Czy jest zatem ktoś w historii muzyki, z kim nagrałabyś niepowtarzalny duet?
Gdybym mogła wrócić do lat 60., byłaby to Etta James. Pierwsza kobieta śpiewająca bluesa.
Twoja kariera to pasmo sukcesów. Kilka prestiżowych nagród, świetnie sprzedająca się płyta. Wszystko to jednak zwykle rzutuje na życie prywatne. Czy masz jeszcze czas na te bardziej osobiste chwile, w gronie najbliższych osób, z dala od show-biznesowego zgiełku?
Oczywiście! Bez nich nie byłabym tu, gdzie jestem, i taka, jaka jestem. Mam wbrew pozorom sporo czasu, bo moi przyjaciele towarzyszą mi również zawodowo. Mam czas na wyjazdy last minute, na pisanie, kino i koncerty. Zaniedbuję niestety kontakty ograniczające się do rozmów telefonicznych. Bo cud techniki, czyli telefon, jest mi częściej wadzący niż pomocny. Nie odbieram telefonów, nie oddzwaniam i nie noszę telefonu przy sobie. Rodzice znają mnie na szczęście na tyle, że mi to wybaczają...
Odniosłaś ostatnio kolejny sukces w swojej karierze. Twoja piosenka „Do kiedy jestem” została zakwalifikowana do II etapu konkursu o nagrodę Bursztynowego Słowika i Słowika Publiczności 46. Festiwalu w Sopocie. Zostałaś doceniona przez profesjonalne jury. Jak oceniasz swoje szanse na występ na sopockiej scenie?
Czysta matematyka, jeśli zakwalifikowałam się do dziesiątki, a w Sopocie wystąpi piątka artystów, to moje szanse są liczone na 50%. Niestety, zdaję sobie sprawę, że piosenka „Do kiedy jestem” nie jest lekka łatwa i przyjemna na pierwszy rzut ucha, a to będzie oceniać już nie profesjonalne jury, tylko słuchacze Radia Zet, którzy będą głosować poprzez SMS-y, i to oni zdecydują, kto w Sopocie faktycznie wystąpi. Cieszę się i tak, bo ta piosenka jest moim osobistym sukcesem i została wybrana do zaprezentowania na szerszych wodach... Mam nadzieję, że będę miała możliwość pokazać kawał dobrego popu na tym festiwalu. Na koniec mam pytanie o Twoje plany muzyczne oraz życiowe na najbliższe lata. Chciałabym nagrać kilka różniących się od siebie płyt. Jeszcze jedną popową, jedną spokojniejszą, akustyczną oraz obiecaną, cięższą. Nie umiem ocenić, ile czasu zajmie mi realizacja tego wszystkiego. Będę na pewno cały czas pracować nad sobą i swoim rozwojem muzycznym.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał: Andrzej Baran
;
