Reklama
Rozmowa z Alicją Klenczon, wdową po Krzysztofie Klenczonie

ciagle_szukalPamięta Pani moment, kiedy poznaliście się? Jakie na Pani zrobił wrażenie?
Będę do końca życia pamiętała. Było to w klubie „Non Stop”, zaraz kiedy powstały „Czerwone Gitary”. To był właściwie ich pierwszy publiczny występ, dokładnie pamiętam datę; 15 stycznia 1965 roku. Nie byłam nigdy fanką zespołów rockowych. Po prostu zaprowadzili mnie tam znajomi, którzy powiedzieli, że jest taki fajny zespół, warto ich posłuchać. Wtedy właśnie poznałam Krzysztofa. Pamiętam do dzisiaj; jeden z przyjaciół Krzysztofa zaczął mnie prosić do tańca, a że byłam w domu „krótko trzymana” wiedziałam, że nie wolno tańczyć z kimś kogo się nie zna. Zgodziłam się jednak. To był bardzo dziwny taniec, ponieważ ten jego przyjaciel ciągle obracał mnie w stronę zespołu, co mnie nawet denerwowało. A dzień wcześniej przyjechałam do Sopotu z Warszawy, gdzie studiowałam na dwóch uczelniach. Często przyjeżdżałam do babci, po książki, po pieniądze, na wakacje. Poszłam coś zjeść do słynnego baru „Alga”. Stojąc po jedzenie zauważyłam, że ktoś mnie ściągnął wzrokiem, odwróciłam głowę, spojrzałam – przystojny facet, ciemny, wygląd nawet mało słowiański. Patrzył się na mnie, ściągnął mnie wzrokiem. Pamiętam jego kożuch, szal. Dopiero dzień później w „Non Stopie”, uzmysłowiłam sobie, że to jeden z tych muzyków na scenie. Nieraz ktoś usilnie na kogoś się patrzy i ta druga osoba odwraca głowę. Tak zaczęła się nasza znajomość. Potem „Czerwone Gitary” zaprosiły mnie do Grand Hotelu na kawę. Wiedziałam, że któryś z chłopców interesuje się mną, potem okazało się, że chodzi o Krzysztofa.

O mężu krążą legendy. Jakim naprawdę był człowiekiem?
Byliśmy w podobnym wieku, on był trochę starszy, ale jak poznałam go bliżej zauważyłam, że jest bardzo nieśmiałym chłopakiem. Było to zaprzeczenie tego, co w późniejszym okresie mówiło się o muzykach rockowych, że tylko dziewczyny i imprezy. Było to nieprawdą, to właściwie ja go podpuszczałam. To że właśnie taki był spowodowało, że zainteresowałam się nim bardziej. Krzysztof miał dwa oblicza: nieśmiały, prawy, pomagający człowiek, ale też zbuntowany anioł, wszystkiemu się sprzeciwiał, miał wytyczoną drogę muzyczną. W domu był dobrym ojcem, mężem, a na scenie był kompletnie inny. To również mi się podobało.

Więcej w numerze

Foto: archiwum rodzinne

Partnerzy

abk_logo kdm_logo zpap_logo teraz_polska_logo bok_logo kt_com_logo kopd_logo mediatory_logo_2 logo_lp
zamek_krolewski_logo perly_medycyny_logo mfr_orzel2013_logo mgr_orzel2013 mpr_orzel2013 gat_2013_logo logo_pp spp_2013 egd logo
 bwl logo  thingsbulb  cbck logo orly_budownictwa_logo rig_logo_2  logo kart arena  Platforma  retail logo