Reklama

Rozmowa z Michałem Znanieckim, reżyserem teatralnym, dyrektorem naczelnym Teatru Wielkiego im. St. Moniuszki w Poznaniu

17

Zacznijmy od początku. Droga pańskiej edukacji jest imponująca: studiował pan w warszawskiej PWST, później przyszedł czas na studia w Bolonii, gdzie zetknął się pan z Umbertem Eco, następnie w Teatro Piccolo di Milano miał pan okazję uczyć się pod okiem Giorgia Strehlera. Proszę powiedzieć, czym dla pana były studia za granicą? Jakie znaczenie miały te kontakty dla młodego człowieka, który zaczyna swoją artystyczną drogę?

Przede wszystkim za granicą to było „wyzerowanie” tego wszystkiego, kim byłem w Polsce. Moi rodzice byli w środowisku znani – matka aktorka, ojciec dziennikarz, więc oczywiście było mi łatwiej. Zaraz po upadku komunizmu szukano do pracy młodych ludzi z pomysłami, a ja miałem dużo pomysłów. Wyjazd był „wyzerowaniem” mojej tutejszej pozycji, którą zdobyłem. We Włoszech natomiast stałem się nikim. Studia były budowaniem nowej tożsamości niezależnej od kontekstu, nazwiska, od środowiska. Spotkania z mistrzami takimi jak Giorgio Strehler, który za mistrza się nie uważał, pozwoliły mi ich podpatrywać, szukać własnego autorytetu. Musiałem się zasłużyć, czyli być tak przygotowanym, aby zostać zauważonym. To był czas szukania nowej tożsamości, udowodnienia, że w wieku 24 lat mogę zadebiutować w La Scali i że mogę być rozpoznawalny dzięki dokonaniom, a nie tylko jako „syn Koczeskiej”.

Jest pan głównie reżyserem operowym. Opera w Polsce ciągle postrzegana jest jako coś wykwintnego, eleganckiego, ale z drugiej strony skostniałego. Od czego zależy, że opera jako forma wyrazu jest żywa, ciekawa, wzbudza zainteresowanie?

 

Są dwie drogi. Jedna to praca nad publicznością, żeby nie chciała zobaczyć czegoś, co pamięta z dzieciństwa albo co opowiedział Bogusław Kaczyński. Opera jest tworem żywym, więc powinna wyglądać tak, jak wygląda społeczeństwo. Prawdziwa opera, w którą ja wierzę, to jest opera współczesna, czyli taka, która była pisana przez kompozytorów, którzy dzisiaj są uważani za klasyków – Rossini, Puccini, Verdi, a oni jednak wchodzili w ciągły dialog z publicznością. To były skandale. Traviata była skandalem, bo była za współczesna. Puccini i jego Cyganeria – skandal, ponieważ to był język, którego nie używało się wśród arystokracji ani na scenie operowej, a on użył języka ulicy turyńskiej. Około 90 proc. dzieł operowych to opera buffo, czyli opera, która była satyrą, parodią ówczesnych wydarzeń – zamiast dziennika telewizyjnego, i gazet komentowała rzeczywistość. Ludzie codziennie chodzili do opery, żeby wiedzieć, co się dzieje na świecie. Pracując w operze, wracam do tego, żeby wstrząsnąć, mówić o rzeczach ważnych, tych, które nas dotykają. Pokazanie Traviaty, która jest chora na gruźlicę nie przeraża, ale pokazać Traviatę, chorującą na raka, jest przejmujące, bo znamy to z życia.

Więcej w numerze

 

 

Partnerzy

abk_logo kdm_logo zpap_logo teraz_polska_logo bok_logo kt_com_logo kopd_logo mediatory_logo_2 logo_lp
zamek_krolewski_logo perly_medycyny_logo mfr_orzel2013_logo mgr_orzel2013 mpr_orzel2013 gat_2013_logo logo_pp spp_2013 egd logo
 bwl logo  thingsbulb  cbck logo orly_budownictwa_logo rig_logo_2  logo kart arena  Platforma  retail logo