Reklama
impresionista_duszy01Powyższy, a nieco dziwny, nawet cudaczny tytuł (niekoniecznie oksymo- roniczne, sprzeczne zderzenie materii i ducha) wynika stąd, że artysta ten sam określił był swoją tworczość jako „impresjonizm duszy”. W jego pracowni, w miasteczku North Porth na Florydzie, pośrod warsz- tatowych sprzętow i ogromu własnych obrazow, skończonych i „świeżo malowanych”, stoi kilku- metrowa rzeźba Jezusa na krzyżu, leży Biblia, konterfekty świętych. Znający go od lat i wizytujący na żywo krytyk Cezary Stolarczyk (dobre pioro!) pisze, że obrazy o tematyce religijnej – zazwyczaj ascetyczna twarz Chrystrusa – to oddzielny, istotny nurt tworczości tego ormiańsko-polsko-amerykańskiego artysty.

impresionista_duszy02I przytacza wydobyte zeń credo: „To Bog jest sprawcą niekończącego się arcydzieła, początkiem i tworczym trwaniem doskonałości, a wszyscy oddani artyści, tam gdzie się znaleźli, zostali obdarzeni promieniem jego tworczości”. Wzniosłe i odważne to dziś wyznanie, także w świecie sztuki. Są więc na tej wystawie warszawskiej „święte” obrazy: „Powrot syna marnotrawnego”, „Święty Franciszek”, „Tobiasz i Anioł” i inne, ale przecież pod żadnego mecenasa autor nie musiał ich robić, modelować, czyli po swojemu potraktował Tobiasza, jak kruszynę w zarysie idącą przez suchą, żołtą pustynię, ze zdechłą rybą pod pachą, a tuż za nim trochę większy, niebieskoskrzydły anioł podąża... Święty, nieświęty, patrzę na jego obrazy, a tu Picasso w szczątkach, napomknieniach, przywołaniach (cytaty, obrazki w obrazie), bez żadnej estymy, z dystansem, ironicznie, żartobliwie, a nawet z kpiną potraktowany (gdy mowię te słowa autorowi, stojąc z nim pod jego obrazem, on przyznaje, że właśnie o to chodzi, a nie o pokłony, kadzenie, jak inni sądzą), a tu jeszcze Van Gogh się kłania, a właściwie odwrotnie – to Nazarian oczywiście kłania się wielkiemu impresjoniście (stąd pewnie „impresjonizm duszy”), wypełniając jego imieniem, postacią i czytelną, charakterystyczną stylistyką kawał ściany warszawskiej galerii. Tryptyk „Van Gogh”, oczywiście z kapeluszem i żołcieniami, „Ostatnie dni Van Gogha” i jeszcze kilka innych śmiałych, wyzwolonych, a jednocześnie bynajmniej „niekapeluszowych” obrazow, przywołujących do pomyślenia o istocie sztuki. A jeszcze oto przywołany obrazami Nazariana holenderski mistrz światłocienia, Rembrandt, a jeszcze mistrz nadrealistycznego przełomu Salvadore Dali (zdaniem niektorych dzisiejszych, prawdziwych tworcow, przyczynił się do uratowania malarstwa, po nasze czasy), i jeszcze wiele innych odniesień, tropow. A jednocześnie zawsze własnych, dzisiejszych, wspołczesnych. Rozmawiający ze mną w czasie tej wystawy znakomity grafik i malarz, rozumny nauczyciel sztuki, ktory nauczał podstawowych umiejętności warsztatowych w Akademii warszawskiej, dziwi się, że Nazarian zrobił to wszystko, co teraz w Warszawie oglądamy, w ciągu jednego roku (2009), i że to tak jest zrobione, jakby dopiero co ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie. Niby to krytyczne spojrzenie, osąd, ale i przecież zauważenie, odkrycie w tych pracach tchnienia młodzieńczości, świeżości, nowoczesności, niepolegającej na prowokowaniu, ani żadnym głupawym przekraczaniu granic, co dziś wciąż na topie.

impresionista_duszy03Przekroczył w swym życiu wiele granic, ale geograficznych. Urodził się w Iranie (1946), rok poźniej znalazł się w sowieckiej Armenii, w Erewaniu uczył się (jako robotnik – murarz, brukarz, spawacz) w technikum wieczorowym (ukończył je, mając 22 lata), potem studiował w Instytucie Artystyczno-Teatralnym, zakochał się w tym czasie w Polce, Elżbiecie Rutkowskiej, i wraz z nią, już jako małżonką, udało mu się wyrwać z bezpośrednich sowieckich okowow i w wieku 26 lat trafił do Warszawy, gdzie przyjęto go od razu na trzeci rok Akademii Sztuk Pięknych. W Polsce, ktorą uważa za swą drugą ojczyznę, spędził 12 lat, rozwinął się tworczo i światopoglądowo, miał tu pierwsze wystawy (w tym najważniejszą w Galerii Art ZPAP prowadzonej przez młodziutką Kasię Napiorkowską). Do jego kolejnej emigracji w poszukiwaniu wolności przyczynił się stan wojenny w Polsce – w 1983 roku wyruszył z żoną dalej na zachod, najpierw peregrynując przez Europę (wystawy i jakieś sprzedaże w Niemczech, Francji, Italii), następnie przez Amerykę – od Kanady, gdzie zszedł na ląd z polskiego transoceanicznego „Batorego” (na statku też wystawiał), przez Chicago, gdzie przez niemało lat przebijał się ze swoją sztuką i odnosił sukcesy, do Noth Port na Florydzie, gdzie  zakotwiczył i do tej pory pracuje. Nie zapomniano o nim w Chicago, gdzie latem tego roku włączyła go do wielkiej ekspozycji zbiorow bardzo prestiżowa Lloyd Shin Gallery, w gronie takich autorow dawnych i wspołczesnych, jak Jean B. Corot, Georges Rouault, Claude Monet, Henri Matisse, H.T. Fantin-Latour, Paul Klee, George Braque, Francis Bacon, Jackson Pollock, Mark Tobey, Karel Appel, Max Weber, Tomislav Nikolic, Ju Sung Kim, Zao Wou Ki  (i innych, z rożnych stron geograficznych i duchowych). Wśrod nich Iszchan Nazarian.

A teraz („teraz” to ciągły błysk czasu) pokazuje swoje najnowsze prace w Polsce, właśnie w Galerii Sztuki Katarzyny Napiorkowskiej. Oczywiście, duszy i wyobraźni polskiej zbytnio nie zaskoczy, mimo własnych, nietuzinkowych doświadczeń życiowych i artystycznych, ale czyż nie jest budujące pomyślenie, że oto artysta, ktory w drodze ku wolności podążał przez nasz kraj, nie zapomniał o nas, powraca tu po latach ze zbiorem najnowszych obrazow, wielkim rzutem i ekspresowym wysiłkiem wykonanych w Ameryce, specjalnie na tę wystawę w Polsce – nie u nikogo innego odbywającej się, tylko właśnie w galerii jego pierwszej promotorki sprzed lat, Kasi Napiorkowskiej – dziś czołowej marszandki sztuki w Polsce, ktora także doświadczyła walki o przetrwanie (stworzyła jedną z pierwszych w naszym kraju prywatnych galerii sztuki, ktora została w początkach tzw. transformacji ustrojowej doszczętnie, nocą, ograbiona, unicestwiona przez biznesową szajkę). Zawsze jest coś szczegolnego, co ludzi łączy i wyrożnia w działaniu. Zarowno przybyły zza Oceanu artysta Nazarian, jak i wystawiająca go dziś warszawska marszandka znają także gorzki smak sukcesu, bo pokonywać musieli wiele rożnych przeszkod w dążeniu do własnej wolności, ktora jest pierwszym, podstawowym warunkiem tworzenia sztuki prawdziwej, tudzież pracy na rzecz zaistnienia jej wśrod ludzi.

Hugon Bukowski

Partnerzy

abk_logo kdm_logo zpap_logo teraz_polska_logo bok_logo kt_com_logo kopd_logo mediatory_logo_2 logo_lp
zamek_krolewski_logo perly_medycyny_logo mfr_orzel2013_logo mgr_orzel2013 mpr_orzel2013 gat_2013_logo logo_pp spp_2013 egd logo
 bwl logo  thingsbulb  cbck logo orly_budownictwa_logo rig_logo_2  logo kart arena  Platforma  retail logo